W pracy i w życiu szukam wyzwań, które mogę połączyć z moimi pasjami.
Miejsc, które wzbogacą mnie. Inspirujących wydarzeń pozostawiających dobry ślad.
Zapraszam do obejrzenia kilku z nich.

 

 

We wczesnych latach 90. na skraju mojego podwórka stał różowy, jedyny w okolicy, nieszary blok. Instytut Badania Środowiska. Od wybuchu w Czarnobylu stał przy nim miernik skażenia powietrza. A dokładnie, to wbito go w ziemię na wysokiej betonowej wysepce. Obok niego rosła śliwa mirabelka ważne miejsce spotkań do lat dwunastu. Moja pasja do motoryzacji zaczęła się między miernikiem, a tym właśnie drzewem. A było to tak.

Mieliśmy dwie zabawy. Pierwsza opierała się na zmyśle słuchu. Siedząc pod drzewem i obserwując biegnącą dołem ulicę, mogliśmy z dużej odległości usłyszeć nadjeżdżające auto. Każdy silnik ma swój własny język – gang, po którym można rozpoznać markę. Nam wychodziło różnie, więc szybko wymyśliliśmy drugą grę.

Jeden z nas dawał „nóżkę” i wspinaliśmy się na drzewo. Wątły pień i rachityczne gałęzie utrzymywały nas z żalem, ale pewnie. Wyposażeni w żółte i twarde owoce mirabelki czailiśmy się w ukryciu, wyczekując auta.

Gdy było o dwie sekundy od nas, wyrzucaliśmy owoce w górę, a te spadały na jego dach jak z drzewa. Czasem ktoś nas pogonił. Jak na dziesięciolatków, potrafiliśmy w tej sztuce dojść do imponującej wprawy. Kilkanaście lat później kupiłem pierwsze auto.

Ford Capri MK1 z 1973 r. Żółty, z chromowanymi elementami, wybrzuszeniem na masce i czarnym dachem. W środowisku fanów nazywany „półtorówką”, bo choć był pierwszą generacją, to zawierał w sobie elementy z drugiej – m.in. nadające agresywny wygląd okrągłe reflektory. Auto wyjątkowej urody i krnąbrnego charakteru. Była to trudna miłość.

Sierpień 2015 r. Siedzimy za kierownicą 28. letniego „Krokodyla” ze 155 konnym silnikiem 2.0 Turbo. Pod ręką mapa zachodnich fiordów, karton czterdziestu kaset magnetofonowych, uchylony szyberdach. Przed nami 4500 km do pokonania w 11 dni. Dzień przed wyjazdem dowiedzieliśmy się, że będzie z nami jechał jeszcze jeden mały pasażer. Czy można chcieć więcej?

Intsaab to coroczny zlot właścicieli Saabów. Marki zawsze silnie zindywidualizowanej i osobnej. Jej konstruktorzy tworzyli auta, których celem była sportowa przyjemność z jazdy, z lekkim ukłonem ku codziennej praktyce. Zapisali się w historii rajdów (Monte Carlo) i inżynierii – turbina.

Na start przyjechało 165 załóg z 10 krajów. Większość aut pochodziła z lat 60 i 70. Pięć dni wspólnego jeżdżenia po najpiękniejszych trasach na północ od Bergen.

Wręczone road booki kierowały nas na pocztówkowe serpentyny i panoramy. Wodospady, historyczna kolej we Flåm, kilkunastokilometrowe tunele, drewniane kościoły stav kirke z XI wieku. Znalazł się nawet czas na samotną wspinaczkę po przyjemnie wyeksponowanej via ferracie w Loen. Były również wspólne campingi i elegancka, nieco sekciarska, impreza pożegnalna. Prezes stowarzyszenia IntSaab, niczym lord izby, przez 3 godziny z przerwami dziękował, wspominał, opowiadał i wznosił kieliszki.

Wszystko, co słyszeliście o pięknie Norwegii, jest prawdą.

Lotnisko Igdir to wąski asfaltowy pas, parę betonowych przybudówek, jeden jeep i ośmiu gości z obsługi naziemnej. Wokół półpustynny żwir, kamienie. Upał i wiatr. Dużo wiatru. Ośnieżony szczyt Araratu to pierwszy widok, który ujrzymy stawiając tu stopę. Wydaje się lekką chmurką. Zarysowuje swój kształt dyskretnie. Tuż nad wieżą kontroli lotów, na czystym błękitnym niebie.

Budzimy się w hotelu – widać szczyt. Idziemy po prowiant i spotkać się z ekipą  – wdaje się, że zawsze kierujemy się na niego. Nie da się stracić go z oczu. Każdego dnia marszu będziemy go mieli idealnie przed sobą – 5137 metrowy Ararat, znany lokalnie jako Ağri Daği („Góra Bólu”).

Dookoła jest płasko. Wyblakła zieleń zachowała resztki koloru w wąskich korytach wyschniętych rzek. W promieniu 50. km tylko dwa samotne trzytysięczniki. Na szlaku brak poważniejszej infrastruktury, a obie bazy aklimatyzacyjne dałoby się spakować w dwie godziny. Po drodze tylko pasterze, zagrody.

Kilka lat temu, jedna z owych zagród, na zdjęciu satelitarnym ułożyła się w kształt dużej łodzi. Poszukiwacze arki Noego oszaleli, wszak jedna z interpretacji archeologicznych dokumentów wskazuje, że biblijny wrak spoczął właśnie tutaj. Kolejne ekspedycje naukowe (m.in. 150-osobowa z USA) odbierały jednak nadzieję na sukces. Nic nie potwierdziło przypuszczeń.

Południowo-wschodni kraniec Turcji to góry, puste drogi. Mało ludzi. Urbanizacyjny odwyk. Tereny na samotną wędrówkę rowerem wręcz idealne, choć trudne. Gorąco, sucho i dużo podjazdów. I kto by pomyślał: stada owiec budzące grozę. Przy każdym waruje liczna grupa pasterskich psów. Trzydzieści pięć kilo terytorialnego półdzikiego psa. Nie dają brzuszka ani łapki.

Prowincja Hakkari i jej górzysta okolica to kraina osobna. Bardzo kurdyjska, prowincjonalna. Surowa i nieoczywista – pełno tu śladów wczesnego chrześcijaństwa. Znajduje się tu również drugi najwyższy szczyt Turcji (Uludoruk,  4134 r.), do którego prowadzi jedna z najpiękniejszych górskich dróg.

Stroma i kamienista, biegnąca ciasną doliną. Pobocza porośnięte są kwitnącymi kwiatami – w palecie barw dominuje fiolet i żółć. Nad nimi ośnieżone szczyty i szumiące przezroczystą wodą strumienie. Mieszka tu tylko jedna pasterska rodzina. Od pokoleń, tuż u podnóża masywnego szczytu.

Konflikt bliskowschodni jest wyczuwalny. W miastach i miasteczkach pojawiło się wielu uchodźców. Łatwo spotkać kurdyjskich żołnierzy, którzy walczyli z IS. Wzdłuż granicy irackiej i syryjskiej cały czas kursują pancerne pojazdy. Wcześniej tylko ze względu na Pracującą Partię Kurdystanu. Teraz każdy jest podejrzany.

Gościnność Kurdów wciąż pozostaje niezwykła. W prowincjach Hakkari i sąsiednich nigdy nie było wielu turystów, więc ciekawość wobec obcego nie wygasła. Wspólne wieczory przy posiłku i mocnej, aromoatycznej herbacie są codziennym przywilejem. I skarbem tego miejsca.

W 1966 r. Beatlesi po raz pierwszy odwiedzili Indie. Mało kto pamięta dziś, że tym niepozornym ruchem zachęcili tysiące ludzi do pójścia w ich ślady. Kraj, który dwie dekady wcześniej uzyskał niepodległość i był raczej celem reporterów niż turystów, stał się synonimem mistycznej podróży. Świat obiegały zdjęcia Lennona i Harrisona z sitarem w pozycji lotosu, a lotnisko w New Delhi wypełniało się nieznaną wcześniej masową turystyką.

Europejczycy i Amerykanie zapragneli podążyć duchowym mitem Indii. Chcieli na własnej skórze doświadczyć barw, zapachów i widoków. Indie wydawały się zmysłowe i otwarte, bardzo inne. Wystarczyło przekorczyć ich próg, aby znaleść się w tym innym, ale jakże ponętnym świecie.

Niestety, po opuszczeniu hali przylotów, ta pastelowa wizja przechodziła zazwyczaj surową weryfikację.

Wielu z tych pierwszych turystów zakończyło swoją podróż na odbytym w panice kursie taksówką do hotelu, nieprzespanej nocy pod rozrzedzającym powietrze wiatrakiem i przeklinaniu decyzji o postawieniu tu swojej stopy.

Przenosząc się w czasy współczesne: New Dehli do dziś pozostaje dla europejskiej mentalności nieco opresyjnym i trudnym miastem. I to pomimo turystycznej otwartości. Na złą opinię (dziś już mniej akutalną) miasto zapracowało właśnie we wspomnianych latach 60.

Legendy o tysiącach nędzarzy tłoczących się na chodnikach, przebijaniu się przez szpaler żebrzących dłoni, smrodzie fekaliów i płonących zwłokach były w pewnej mierze prawdziwe. I nawet, jeśli niektóre z tych obrazów wciąż da się zobaczyć, to nie możemy szufladkować Indii i zapominać, jak wielką przemianę przeszły.

Stolica Indii jest tylko wąskim wycinkiem indyjskiej rzeczywistości. Dzisiejsze Indie to jedno z nowych geopolitycznych centrów świata. Istotny gracz na wielu arenach. Różnorodność do potęgi entej. Wszystko, co usłyszymy o Indiach, może być prawdą, ale do upraszczających opinii podchodziłbym sceptycznie.

Dziesiątki wyznań, języków i grup etnicznych żyje na obszarze, w którym występuje każdy możliwy krajobraz i klimat. Wiele regionów nigdy nie miało wiele wspólnego z "brudną i śmierdzącą wizją" Indii, jaka rozpowszechniła się w Europejskim świecie. Nietknięte i unikalne piękno wciąż można tu znaleźć.

Karnataka, Kerala, Andhra Pradesh i Tamilnadu to najgęściej zamieszkane stany południowe. Moja podróż po nich miała w sobie wszystko, z czego słyną Indie. Z dobrej i ze złej strony. I chętnie bym wrócił, aby przeżyć to jeszcze raz.

Detroit robi wrażenie szczególne. Jadąc tu myślę o kultowych muscle car'ach, muzycznej wytwórni Motown, a widzę pogrążoną w rozkładzie metropolię, słaniającego się kolosa na glinianych nogach. Przestrogę przed urbanizacyjnymi błędami.

Detroit było budowane szybko, impulsywnie, m.in. rękami tysięcy Polaków, którzy na początku XX wieku wyemigrowali do Midwest, jak lokalnie nazywa się tę część USA. Stało się sybolem prosperity, amerykańskiego snu i nieograniczonych możliwościach. Wraz z ogłoszonym w 2013 r. bankructwem miasto oficjalnie upadło. Zapanowało wielkie niedowierzanie.

Krótki bryk z historii Detroit w 6 punktach:

1. W latach 1910-1940 miasto kwitnie w zawrotnym tempie, fale imigrantów wraz z napływową klasą średnią budują nową potęgę i zwiększają zaludnienie do prawie 2 milionów. Wielkie korporacje inwestują w miasto. Zatrudniają każdego, kto chce pracować i przekształcają je w Motor City, drugie najbogatsze miasto Ameryki.

2. Kilka lat po drugiej wojnie światowej na skutek m.in. złej polityki geoprzestrzennej zapadają decyzje, które uruchomią powolną dezidustrializację i polaryzację społeczeństwa pod względem zamożności.

3. Rosnące świadczenia socjalne i roszczeniowe stanowiska związków zawodowych zmuszają korporacje do kroków, które pogłębiają negatywne procesy - centrum życia i biznesu przenosi się na peryferie, a zubożenie najbiedniejszych uruchamia falę przemocy.

4. W połowie lat 60. w Detroit rządzą gangi, które przejmują władzę na ulicach; biedni stają się jeszcze biedniejsi, a bogata klasa średnia przyspiesza swój exodus po krwawych zamieszkach z 1967 r.

5. Do 2013 r. Detroit utraciło na skutek migracji 60% ludności, biała klasa średnia właściwie zniknęła, Marginalizowani Afroamerykanie stanowią 82% mieszkańców, wielopasmowe ulice są puste, opustoszałe gmachy sąsiadują ze spalonymi domami (w 2010 r. odnotowano 1082 podpalenia),

48% właścicieli domów nie płaci podatków, 23% pozostaje bez pracy, cena domu spada nawet do 500 dolarów, 80 000 mieszkalnych jednostek jest opuszczonych. Burmistrz ogłasza bankructwo.

6. Burmistrz Mike Duggan przekonuje, by potraktować zaistniałą sytuację jako wyzwanie menadżerskie w wielkiej firmie i tymi samymi metodami je rozwiązać; powstają projekty podziału miasta na 4 mniejsze ośrodki, planowane są wyburzenia opuszczonych fabryk i domów, pojawia się wizja odbudowy nowego, innego Detroit.

Zwiedzanie Detroit pozostawiło we mnie głębokie współczucie i poczucie niestałości wobec każdej wielkości. Detroit stało się „żywym trupem”, fenomenem upadku. Jego atmosfera jest fascynująca i przygnębiająca zarazem. Wśród nielicznych jasnych punktów zapamiętam projekty artystyczne (np. Heidelberg) i społeczne inicjatywy oddolne. Czy całościowa zmiana jest jednak możliwa? Miną lata nim poznamy odpowiedź.

W styczniu 2014 r. wybrałem się z przyszłą żoną do Kolumbii. Naszym celem był "dobry czas" - nieśpieszne delektowanie sie tym, co wokół. Trekking po Parku Narodowym El Cocuy wśród lodowców i endemicznie porośniętych dolin był strzałem w dzisiątkę.

Kolumbia to czwarty kraj Ameryki Południowej pod względem powierzchni, niemal czterokrotnie większy od Polski. Zamieszkująca go ludność (45 milionów) jest rezultatem metysażu, czyli mieszania się ras. Terytorium przecinają trzy andyjskie kordyliery.

Park Narodowy Sierra Nevade del Cocuy (Góry Śnieżne Cocuy) znajduje się w północnej części kordyliery wschodniej. To jedno z trzech miejsc w Kolumbii, w którym wznoszą się ośnieżone szczyty, jest ich tu aż osiemnaście. Park szczyci się również największym lodowcem kontynentu na północ od równika.

Wioska El Cocuy. Obok położonej nieopodal Guican, jest jedyną bramą prowadzącą do parku. Dostęp z innych stron jest zabroniony ze względu na znajdujący w jego granicach rezerwat ludności rdzennej. Indianie U’wa i Tunebo żyli tu już w czasach prekolumbijskich i wiele szczytów oraz jezior wciąż uważają za święte. W ostatnich miesiącach tereny przeznaczone do eksploracji zostały na wniosek rady U’wa jeszcze bardziej ograniczone. Zakaz dotknął m.in. słynnej pętli prowadzącej z Guican do El Cocuy.

Mieszkańcy górskiej prowincji Boyacá są z natury dumni i śmiało podkreślają swoją odrębność. Noszą charakterystyczne pącza z grubej wełny i okrągłe kapelusze z niedużym rondem. Strój pań jest zbliżony.

La gente Boyacá są otwarci i serdeczni, ale zdecydowanie mniej temperamentni w uczuciach niż Kolumbijczycy z niżej położonych regionów. Po płaskim, kamiennym bruku chodzą powoli i jakby w zamyśleniu. Jednak gdy zaczyna się wzniesienie, natychmiast nabierają młodzieńczego wigoru i prą żwawo do góry.

Od południowego zachodu park jest przedzielony doliną na dwa równoległe grzbiety o długości ok. 30 kilometrów.  Na odizolowanym wschodzie zamieszkanym przez Indian U’wa masyw opada w stronę granicy z Wenezuelą i przeistacza się w wilgotny las tropikalny.

Niższe partie parku (przekraczające 3300 metrów) porasta tzw. páramo – hydrologiczna formacja roślinna o charakterze trawiasto-krzewiastym. Jej symbolem i ściśle chronionym gatunkiem jest Espeletia, nazywana również Frailejón. Ten bulwiasty półkrzew jest endemicznym gatunkiem dla górskich terytoriów Kolumbii i Wenezueli.

Szlak na odwiedzajacych oznaczony jest kamiennymi kopczykami. W wyższych, bardziej skalistych, partiach ścieżka niekiedy rozdziela się i potrafi mieć ma wiele wariantów. Niektóre z nich niespodziewanie urywają się i marsz trzeba kontynuować drogą alternatywną. Jest to jednak - oficjalnie - ze względu na ochronę wrażliwej roślinności zabronione.

Po przekroczeniu graniczy 4100 metrów roślinność zanika. Otaczający nas świat upraszcza się. Podłoże staje się kamieniste i suche, gdzieniegdzie zalegają potężne głazy. Szczyty spoglądają z pomiędzy chmur, a w oddali lśnią śnieżne kopuły.  Wodne oczka są krystaliczne.

Przy jednym z jezior znajduje się piaszczysta łacha, idealna na bazę wypadową. Oprócz nas jest tu kilka innych zespołów, głównie kolumbijskich. Panuje kontemplacyjna atmosfera.

Woda w jeziorach jest zdatna do picia i pozbawiona życia. Nad naszymi głowami dostrzegamy Orły, krążą nad nami majestatycznie i bezszelestnie. Największym podniebnym przedstawicielem parku jest Kondor Olbrzymi, którego rozpiętość skrzydeł potrafi sięgać prawie 3 metrów.

Hilberto, nasz lokalny przewodnik i farmer. Pracę w górach rozpoczął po czterdziestce, ktoś zauważył, że ma predyspozycje. Urodził się i spędził całe życie powyżej trzech tysięcy metrów. Nigdy nie słyszałem, by miał zadyszkę. Chorobę wysokością kojarzy tylko ze słyszenia. Małomówny, serdeczny i czujny.

Skalista formacja Pulpito del Diablo (Ambona Diabła) to ikona parku. Ściana skalna jest niemal idealnie pionowa, ma niezwykłą ekspozycję, od podstawy wznosi się na niecałe 80 metrów. Jest to znany wśród Kolumbijczyków cel wspinaczkowy. W sezonie letnim można pod nim rozbić namiot. Najlepsze miesiące na wspinaczkę to grudzień i styczeń, kiedy jest sucho. Niektóre drogi mają ospitowane stanowiska asekuracyjne. Nieopodal znajduje się gratka dla fanów dużych ścian: Pared Oriental del Pan de Azúcar (5.10+, 600 m.) i La Sonrisa (5.10d).

W nocy temperatura zbliża się do zera. Rozmowy milkną  po 18.00. Około północy budzą nas osuwiska skalne, ryczące niczym burzowe grzmoty, echo jest potężne. Spokój przywracają wiszące nad nami konstelacje gwiezdne. Są widoczne jak w podręczniku małego astronoma. Odbijają się w tafli idealnie gładkich jezior.

Mam drobne objawy choroby wysokościowej. Metoda ubierania się na „ludzika Michelin” dostarcza najbliższym rozrywki, choć nie eliminuje wewnętrznego zimna. Przed bazą spaliśmy 1750 metrów niżej, mogliśmy to przewidzieć. Trudno coś zjeść, dużo łatwiej zwrócić - choćby herbatę czy wodę. Ratunkiem są suchary z marmoladą. Organizm akceptuje tylko je.

Pokrywa śnieżna na El Concavo jest stroma i kopna. Ma to swoje plusy, gdyż w zagłębieniach po rakach łatwiej jest utrzymywać równowagę. Nieopodal nas wyrasta skalisty i spionizowany na ostatnim odcinku El Concavito, nieco niższy od naszego celu, ale pięknie urzeźbiony. Wydaje się być wspaniałym miejscem na nieco bardziej techniczne wspinanie.

Ostatnie 20 metrów prowadzi nas wąskim gardłem na wysunięty czubek zakończony małym serakiem, przypomina to wielki śniegowy kciuk. Ekspozycja obejmuje główne grzbiety parku i obie pobliskie doliny. Granica chmur, znajdująca się poniżej nas, zlewa się ze śniegiem i tworzy puszyste mleko. Wyzierają na nas skalne szczyty, ale ich grozę równoważą nierealnie błękitne oczka wodne.

Wchodzimy osobno, bo miejsca jest mało. Poszarpana grań wydaje się żywcem wyjęta z tolkienowskiego Mordoru. Mamy wrażenie, że jesteśmy we wspinaczkowym raju. Skała w parku jest krucha, a wspinaczkowe działania prawnie ograniczone, mimo to, sceneria kusi, by jeszcze tu wrócić.

El Concavo za kilkadziesiąt lat może wyglądać zupełnie inaczej. W 2009 roku kolumbijscy naukowcy dokonali pomiarów, które potwierdziły, że śnieżna pokrywa lodowca zmniejszyła się. Szacuje się, że za kilka dekad zniknie zupełnie.

Po zejściu fundujemy sobie po butli lokalnego piwa. Poker smakuje wybornie i jest w tej chwili najlepszym piwem na świecie. Ale tylko pod jednym warunkiem - jeśli wcześniej przespacerowałeś się po Sierra Nevade del Cocuy!

Naród, o którym zapomniano. Konflikt, który nikogo nie interesuje. Jego współczesna historia jest krótka. Być może zbyt krótka, aby niszczenie tożsamości i kultury Sahrawich trafiło na pierwsze strony gazet.

Około 75% terytorium Sahary Zachodniej okupowane jest przez Maroko, które strzeże tutaj ważnych surowców (fosforyt, rudy żelaza, gaz ziemny) i atlantyckiego brzegu (bogaty rybostan, szlaki handlowe).

Rząd premiara Abdelilaha Benkirane kontynuuje linię poprzedników i zachęca Marokańczyków do osiedlania się na historycznych terytoriach Sahary Zachodniej. Buduje asfaltowe drogi, osiedla, szkoły. Wprowadza ulgi podatkowe, zachęty finansowe. Stwarza miejsca pracy i warunki dobrego życia. Wystarczy tylko być Marokańczykiem. Na niektórych mapach kraj Sahrawich już nie istnieje.

Sahara Zachodnia uznawana jest dziś tylko przez 52 państwa. Wśród nich nie ma żadnego kraju z UE. Rząd z Rabatu zdaje sobie sprawę, że taktyka demograficzna jest w długiej perspektywie bardzo skuteczna. Sahrawi już są mniejszością i wobec opresyjnej polityki tracą powody, by żyć na własnych ziemiach.

Spychani są na wschód, gdzie warunki życia są trudne. Właściwie żadne. Skazani na niebyt często mieszkają w obozach - pustynnych slumsach.

Wschód i część ziem po stonie Libijskiej to tereny kontrolowane przez Polisario – zbrojny front wyzwoleńczy. Rząd Maroka, aby chronić swoje interesy, rozpoczął w 1981 roku budowę muru, który dzieli obszar Sahary Zachodniej na pół. Surrealistyczny, postawiony na piasku, wielki kilkusetkilometrowy mur istnieje naprawdę.

W krajobrazie Sahary Zachodniej dominuje hamada, kamienista pustynia. Piaskowe wydmy wznoszą się jedynie przy południowych rubieżach. Klify u wybrzeży Atlantyku są często poszarpane i gwałtownie urywają się tuż nad linią wody. Tworzą dramatycznie piękny krajobraz.

Swoją podróż do tego zapomnianego kraju odbyłem samotnie na rowerze. Napotkałem obóz dla uchodźców
i przesiedleńców. Przebywałem z obiema stronami, słuchając historii o ludziach i ich losach. Można odnieść wrażenia, że obie strony mają swoje racje i winy. Przy głębszej analizie faktów to jednak nieprawda. Jesteśmy świadkami cichej okupacji.

Dla Europy i Ameryki w regionie Afryki północnej Maroko jest kluczowym partnerem politycznym. Trundo sobie wyobrazić, aby gasnąca tożsamość i kultura Sahrawich podważyła ten sojusz.

Terytorium Mauretanii to milion kilometrów kwadratowych, które niemal w całości pokryte są hamadą – kamienistą pustynią, odłamkami skalnymi i rozgrzanym żwirem. Wschodnie terytoria wypiętrzają się; mienią odcieniami brązu
i czerwieni, kreślą piaskowe wydmy i wąwozy skrywające palmowe oazy.

Podczas mojej samotnej rowerowej wyprawy do Mauretanii najciekawsze okazały się bezdroża i ich silnie odziałujący, wymarły charakter.

Poczucie bezbronnej ekspozycji na siły natury było dojmujące. Ten trzykrotnie większy od Polski kraj, zamieszkany przez zaledwie 3 miliony ludzi, jest przede wszystkim przestrzenią, na której słońce i wiatr są dwiema bezwględnymi siłami.

Jeszcze do końca lat 60-tych, tutejsi mieszkańcy byli koczującymi pasterzami. Fale susz i klęsk doprowadziły do ekonomicznej migracji urbanizacyjnej, mimo to, kraj nadal pozostaje jednym z najuboższych obszarów na świecie.

40% społeczeństwa stanowią Maurowie, ludność pochodzenia arabsko-berberskiego. Są zdecydowanie najbogatszą klasą, choć trudno tu mówić o majętności w naszych kategoriach. Ich zachowanie bywa wyniosłe i demonstracyjnie konsumpcyjne, z drugiej strony, niektórzy poznani przeze mnie Maurowie okazali mi ujmujace ludzkie ciepło.

Pozostałą część społeczeństwa uzupełniają dwie grupy. Plemiona Wolof, Fulani i Soninke, które skupiają się wzdłuż granicy z Senegalem.

Osobnym tematem jest tajemnicza grupa etniczna Haratynów. Są oni czarnoskórymi potomkami niewolników
i dawnych ludów Sahary. W konsekwencji cechują się najniższym statusem społecznym.

Mauretania jest jednym z ostatnich krajów, w których istnieje realne niewolnictwo.

Oficjalnie zostało wielokrotnie zakazane (trzeci i ostatni raz w 2007 r.), ale praktycznie dalej funkcjonuje. Nie jest to niewolnictwo w jego najokrutniejszej formie, ale raczej pewna zależność, poza którą najubożsi nie są w stanie wyjść. Znęcanie się i przemoc nie są jednak rzadkością. Niekiedy dochodzi do najcięższych czynów. Szacuje się, że czarni niewolnicy stanowią około 10% społeczeństwa.

Afryka zachodnia na podróżniczej mapie zawsze ustępowała wschodniej. Kenia i Tanzania skupiły wokół siebie niemal cały ruch turystyczny, który przelał się na kraje południowe. Ubogi region bez wodospadów i leniwie spacerujących lwów musiał wydawać się marną alternatywą. W poszukiwaniu nowych wrażeń dochodzi jednak do zmiany.

Senegal staje się nową turystyczną destynacją w tej części świata. Dobrze skomunikowany z Europą, politycznie stabilny i otwarty na gości. Wciąż świeży.

Odkrywałem go samotnie, z pokładu łodzi rybackich, drewnianych canoe i z nad ramy rowerowej. Słuchając senegalskiej rytmów i opowieści, pokunując przez cztery tygodnie tysięce kilometrów czerwonych, pustych dróg.

Przypadkowe spotkanie w Saint Louis sprawiło, że odwiedziłem wiele domów mieszkającej tu polonii. Nie planowanych spotkań było więcej: zbieranie bawełny z farmerami, kradzież głównej sakwy z mapami i pieniędzy, uczestnictwo w krawym Kurban Bajram, nauka wyrabiania wina palmowego. Każdy dzień przynosił ważne spotkanie i wydarzenie.

Najważniejszym doświadczeniem była wizyta w dwóch ośrodkach szpitalnych prowadzonych przez polskie siostry i pobyt w parafii ks. Marka, któremu towarzyszyłem w trakcie wielodniowych mszy terenowych.

Spotkania z ludźmi, którzy poświecieli swoje życie innym, okazały się najważniejszym wspomnieniem z Senegalu. Choć w powszechnej opinii jego wizytówką jest przyroda.

Powierzchnia Senegalu jest nizinna, jedynie na południowym wschodzie znajdują się wyżyny (do 550 m.) stanowiące przedgórze gwinejskiego masywu Futa Dżalon.

Oprócz natury i różnorodności etnicznej, największym skarbem Senegalu jest jego muzyka. W Dakarze bije serce rytmu M’balax. Nad wybrzeżem królują soukous, zouk i reggae. Popularny jest hip hop i tradycja griotów - ulicznych śpiewaków, dyspozytariuszy tradycji.

Ze względu na logistykę i bezpieczeństwo, Senegal jest idealnym miejscem na przygodę 4x4, kajakową ekspedycją i rowerowy rajd. Posiada również genialne plaże z uroczymi eco-lodgami i hotelikami.

Gwinea to rozpacz i radość. Jeden z najuboższych krajów świata. We wszystkich zestawieniach rozwoju plasuje się w ostatniej dziesiątce lub na samym dnie. Mimo to, Gwinejczycy nie należą do smutasów, a przestępczość utrzymuje się na średnim poziomie. Narzekanie jest tu mało powszechne  miejsca ustepuje mu zrezygnowanie, ale i uśmiech, a beztroska miesza się z energią.

Najprostsze czynności potrafią być niemożliwe. Nawet w stolicy Conakry bieżąca woda, światło czy dostępność do środków płatniczych często nie funkcjonuje. Banki i bankomaty co parę dni nie mają czym wypłacić gotówki. Brakuje również podstawowych lekarstw - przez jeden dzień pomagałem (przerażonemu) cukrzykowi z Togo, któremu skończyła się insulina. Nigdzie jej nie dostał.

Warto jednak tu przyjechać. Ten mało znany kraj skrywa niezwykłe krajobrazy i nietknięte przez turystów krainy.

Naturalne piękno jest największym skarbem Gwinei. Porośnięte tropikalnym i deszczowym lasem góry pozostają naprawdę dziewicze. Z odizolowanych dolin, ponad zielone korony drzew, wznoszą się samotne muzułmańskie minarety. Wokół uśpione wioski, w których żyje parę rodzin. Często nigdy wcześniej nie spotkali białego człowieka. Nieśmiałość ustępuje ciekowości.

Majestatyczny szczyt Nimba na granicy z Côte d'Ivoire. Pomarańcze, które wystarczy podnieść z drogi – w sezonie są ich tysiące i służą dzieciakom za piłkę do gry.

Przedstawiciele plemion z głębokiej prowincji (Fulani, Malinke) są serdeczni i ciekawi każdej rozmowy. Wyjątek stanowią mundurowi, cieszący się najgorszą opinią w Afryce Zachodniej. I słusznie, bo dochodzi do wymuszeń. Wolność słowa i przestrzeganie praw człowieka poprawia się, ale wciąż stanowi problem. W trakcie wyborów lepiej się tutaj nie pojawić - granice mogę być zamknięte.

Z 10-milionowej populacji Gwinei wyłaniają się 24 grupy etniczne. Mają własne dialekty. Zdarza się, że zamieszkują zaledwie kilka wiosek. Wiele z nich koncentruje się w wilgotnych lasach deszczowych, w południowo-wschodniej części kraju, nieodwiedzanej już prawie przez nikogo.

Niektóre odcinki, zwłaszcza dla samotnego rowerzysty, mogą być bardzo trudne. Każdego dnia wydarzy się jednak coś, co sprawi, że nasza przyjaźń z Gwineą się umocni. Będzie szorstka, ale prawdziwa.

Swoje źródła mają tutaj trzy najważniejsze rzeki Afryki Zachodniej: Niger, Gambia i Senegal.

W pamięci pozostają spotkania z ludźmi, którzy nie mając nic, staną na głowie by ci pomóc. Zobaczysz widoki tylko dla Twoich oczu. Odwiedzisz miejsca, w których Europejczycy występują równie często, co bliska wymarciu gwinejska perliczka białogrzywa.

 

Swoją pierwszą samotną wyprawę do subsaharyjskiej Afryki odbyłem do Etiopii, do kraju w którym słońce świeci przez trzynaście miesięcy w roku.

Królestwo dawnej Abisynii to idealny podróżniczy chrzest przed zapuszczeniem się w głąb Czarnego Lądu. Etiopia posiada najciekawszą i najlepiej udokumentowaną historię na kontynencie po Egipcie. Jest niezwykle zróżnicowana geograficznie, religijnie, językowo i etnicznie. Posiada nawet własny kalendarz, w którym trzynasty miesiąc liczy 5 dni.

Jest również bezpieczna. Tylko w stolicy i przy niektórych wioskach plemiennych warto zachować czujność.

Wschodnie oblicze Etiopii to świat islamu. Mityczne oazy stały się tu w XIX wieku miastami. Wśród nich czwarte najświętsze miasto wyznawców Mahometa - Harar. To w nim hieny przechadzają się obok mułłów, a trzy z osiemdziesięciu meczetów datowanych jest na X wiek. Znajduje się tu również do dziś mało eksplorowana pustynia Ogaden, na której groźni Afarowie jeszcze kilkadziesiąt lat temu okaleczali nieproszonych gości. Obcięte genitalia były cennym i pożądanym trofeum.

Pierwszym Europejczykiem, który zamieszkał we wschodniej Etiopii był francuski poeta Arthur Rimbaud. Zmarły w Harar w 1891 roku. Na północ od Ogaden rozciąga się księżycowa w swym krajobrazie depresja Danakil – jedno z najgorętszych miejsc na Ziemii.

Północ to afrykańska enklawa czarnego prawosławia, katolicyzmu i judaizmu. Skalne korytarze i kościoły w górskiej Lalibeli, samotne klasztory na wyspach jeziora Tana i pozostałości po dawnych Abisyńskich imperiach.

Południe to egzotyczne plemiona (m.in. Hamer, Mursi, Karo) o bogatej tradycji i barwnej kulturze. Ceremonie przejścia i animistyczne wierzenia do dziś są kultywowane.

Zgodnie z aktualną wiedzą antropologów to właśnie z tych terenów praczłowiek wyruszył na podbój świata.

„Przede wszystkim rzuca się w oczy światło. Wszędzie światło. Wszędzie  jasno. Wszędzie  słońce”.
Ryszard Kapuściński, Heban.

Polacy pokochali Gruzję. Niewiele jest miejsc, w których jesteśmy tak lubiani i przyjmowani jak najbliżsi przyjaciele. Z drugiej strony, turystyczna ofensywa sprawiła, że wiele miejsc traci swój charakter. Bywa, że za legendarną gościnność oprócz widzięczności otrzymamy nad ranem rachunek.

Wciąż jednak trzeba tu przyjechać. Poza ludźmi, przede wszystkich z dwóch powodów..

Dla rzadko odwiedzanych gór w północno-wschodnim pasie przy Czeczenii i Dagestanie oraz dla nieskończonych możliwości eksplorowania Gruzji w samochodach z napędem 4x4.

Dzięki mocnym kołom możemy dotrzeć do najbardziej spektakularnych miejsc, ale też i tych niedostepnych, tych najciekawszych, bo tradycyjnych i „prawdziwie” gruzińskich. Te same, wielodniowe trasy można pokonywać w siodle. W wielu wioskach są konie.

Znajdziemy się wtedy pośrodku krainy o niezwykle burzliwej historii, którą Wojciech Jagielski nazwał swego czasu „Dobrym miejscem do umierania". Istotnie, wichry historii nacierały tu brutalnie ze wszystkich stron.

Upływający czas jest na szczęście nieocenionym arbitrem i Gruzja, w nieco ponad dekadę, stała się najlepszym miejscem dla gości, pragnących przeżyć piękną i głośno opiewaną przy biesiadnym stole, przygodę.

Gaumarjos!

Pustynne terytoria Iranu wschodniego i górzyste, afgańskie pogranicze to miejsca rzadko wybierane na wakacyjny urlop. MZS kategorycznie odradza. W 2012 roku znalazłem się tam samotnie z moim rowerem i postanowiłem przekonać się dlaczego.

Moim głównym celem była pustynia Dasht-e-Lut. To najgorętsze miejsce na ziemi. Satelita NASA zanotował tu przy powierzchni rekordowe 70,7 °C. Trasę, która przecinała ją w poprzek, pokonałem w sierpniu.

Jest to pustynia pylasto-żwirowa; w jej obniżeniach występują słone bagna (tzw. takyry), a na jej południowo-wschodnich rubieżach królują piaszczyste wydmy. Deszcze zdarzają się niezwykle rzadko, raz na kilka lat.

Na Pustyni Lota nie występują żadne większe formy życia, ani ze świata zwierząt, ani roślin. W zasadzie nie żyje tu nic. Nie bez powodu. Sól w ziemi, brak wody i upał wykończą każdego.

Przekonał się o tym w IV wieku p.n.e. Aleksander Wielki, kiedy to bezlitosny żar uśmiercił znaczną część jego wojsk i przyczynił się do upadku starożytnej Macedonii.

Afgańskie pogranicze z kolei, to teren inny, ale również surowy – skalisty, wypalony słońcem i ubarwiony kolorami miedzi, brązu, fioletu i czerni. Najwyższe szczyty bywają sporadycznie w górnych partiach ośnieżone i sięgają 3200 metrów. Samotne wioski migoczą w falującym upale.

Teren wzdłuż wschodniej granicy jest często zamykany dla obcokrajowców. Rządowe wojsko stara się je regularnie kontrolować. Na dobrą sprawę to jedyny region Iranu, o którym można powiedzieć, że jest nieco ryzykowny.

Swoje szlaki mają tutaj kontrabandy narkotykowe z Afganistanu i Pakistanu, a fanatyczne ugrupowania polityczne dyskretnie migrują między dwoma państwami.

Konserwatywna mniejszość Pusztunów również stanowi element jątrzący, z którym musi zmierzyć się współczesny Iran. Jak i  samotny rowerzysta, który pomimo ostrzeżeń ze strony zaprzyjaźnonych iranistów, spędził tu wspaniałe wakacje.

Mieszkańcy tej górzystej krainy pozostają głęboko w mojej pamięci. W każdym wspomnieniu stają mi przed oczami jak żywe obrazy. Żyją skromnie i na marginesie świata. Ujmują uprzejmością. Są być może najgościnniejszym narodem świata, który nigdy miał prawdziwego domu.

Każde z czterech państw, na terytorium których znajduje się nieformalny Kurdystan (Turcja, Syria, Irak, Iran), uważa ich za zbędny bagaż. W najlepszym przypadku są tolerowani - choć tylko pod warunkiem posłuszeństwa.
A to nigdy nie było ich mocną stoną.

Kurdowie na co dzień pragną rozmowy. Lubią poznawać obcych z Europy. Turysta – żadki okaz – jest tutaj "Człowiekiem w podróży", a ten zawsze niesie ze sobą ciekawe historie, którymi uwielbiają się dzielić. Ugoszczą jak członka rodziny, dadzą wikt i opierunek. Odmowa nie zostanie przyjęta.

Do niedawna najlepsze warunki dla Kurdów znajdowały się w pólnocnowschodnim Iraku. Dysponując pewną autonomią mogli sami o sobie decydować. Zagrożenie ze strony IS zmieniło i ten przywilej.

Wjeżdżając do Kurdystanu od strony Iranu, w parę godzin przenosimy się na inną planetę. Przygnieciona bezlitosnym upałem półpustynia niepostrzeżenie znika, zazielenia się i na naszych oczach przeobraża w solidne szczyty. Niektóre przełęcze są ośnieżone cały rok i tworzą naturalną barierę. Przestrzeń oddycha kilometrami.

Rząd Teheranu ignoruje potrzeby Kurdów. Na tle 32 ostanów (perskich prowincji), we wszystkich wskaźnikach gospodarczych Kurdystan zajmuje jedno z ostatnich miejsc. Kurdowie wiedzą, że sami muszą sobie radzić, to nic nowego. Żyją głównie z prostego handlu i upraw na własny użytek.

Życie codzienne przebiega tu spokojnie. O ile nikt za bardzo się nie wychyli, nie podniesie głosu.

Podczas mojego pobytu parokrotnie zostałem poproszony o „międzynarodową interwencję". Przypadkowi przechodnie pytali mnie, czy nie mógłbym porozmawiać z moim prezydentem, aby ten z kolei sprawił, by świat zainteresował się irańskim Kurdystanem.

W tych naiwnych prośbach odbija się ich trudna sytuacja, ale i niezwykła bezpośredność, dziecięca naiwność. Choć żyją w zapierających dech sceneriach, to właśnie oni sami, Ci ludzie, są największą wartością Kurdystanu.

Zdjęcia wykonywałem sporadycznie i tylko prostym aparatem "małpką", to co najważniejsze, pozostało we wspomnieniach.

Nepal onieśmieli nawet doświadczonego podróżnika. Prawdziwa magia. Ten stosunkowo nieduży kraj, wciśnięty pomiędzy dwie największe azjatyckie potęgi, Indie i Chiny, ma wiele problemów. Życie jest tutaj trudne, większość ludzi żyje w biedzie lub nędzy. Nepalczycy posiadają jednak wielki skarb: największe i być może najpiękniejsze góry świata.

Ponad 65% powierzchni kraju wznosi się powyżej 6000 metrów. Znajduje się tu 8 ośmiotysięczników, w tym ten najwyższy. Na południu, wzdłuż rolniczego Taraju, rozciągają się subtropikalne lasy ze słoniami, krokodylami i tygrysami. W Nepalu urodził się Budda.

Wbrew powszechnej opinii, dominującą religią nie jest buddyzm. Jest nim hinduizm (85% społeczeństwa), który w ekumenicznym duchu przenika się z buddyzmem, tworząc swoistą hybrydę otwartą dla wszystkich. Ze względu na warunki naturalne Nepal jest jednym z najsłabiej zurbanizowanych państw na świecie. Trudno  tu coś postawić. Jedynym dużym miastem jest stolica Katmandu.

Podróż po Nepalu to przede wszystkim podróż wewnętrzna. Nie raz usłyszałem, jak Nepal spełnił czyjeś priorytety lub nauczył być lepszym. „Moje życie po Nepalu zmieniło się" – usłyszałem po moim ostatnim pilotowanym wyjeździe.

Hinduska i buddyjska filozofia wypełniają przestrzeń mistycyzmem i skłaniają do refleksji. Góry uczą pokory, południe oczarowuje przyrodą. Potężne rzeki, po których można organizować tygodniowe raftingi, windują obcowanie z przyrodą na najwyższy poziom. Uśmiechnięte twarze napełniają nas ciepłem i zmuszają do zastanowienia się nad tym, co naprawdę ważne.

Ale ten, kto szufladkuje Nepal wyłącznie jako uduchowiony kraj żyjący w harmonii z naturą, popełnia wielki błąd. Nepal mieni się różnymi kolorami, które zaskoczą nas nawet po wielomiesięcznym pobycie. Nepalska wersja przeboju "Happy", nakręcona w Katmandu, jest tego doskonałym przykładem. Obejrzyjcie koniecznie!

Izrael to podróżniczy przystanek obowiązkowy. Pobyt w Jerozolimie czy Masadzie jest unikalnym doświadczeniem. Odwiedzenie Izraela wydaje się jednak niekompletne bez przejścia na drugą stronę muru. Terytoria palestyńskie stanowią nierozerwalną całość czegoś, co warto zrozumieć lub poczuć. Nie można ich pominąć.

Przyjazd do Ziemi Świętej wiąże się zazwyczaj z mimowolną próbą zajęcia stanowiska wobec konfliktu. Argumenty do sporu dostarczane się z przykrą regularnością. Jest to próba tak samo karkołomna, co przeskoczenie wspomnianego muru. Możliwa, ale wymaga głębokiej, akademickiej analizy i potężnej wiedzy odartej ze stereotypów. Zostawiam to specjalistom.

Warto jednak prześlizgnąć się po powierzchni faktów i dostępnej nam rzeczywistości - i nawet na kilka dni, wyruszyć w głąb Wschodniego Brzegu.

W Palestynie, jak zawsze w rzadko odwiedzanych krajach muzułmańskich, przywita nas przyjazny uśmiech i gościnność. Wielka ciekawość wobec obcego. Turysta jest tu rzadkością, a Palestyńczykom zależy na tym, aby świat nie postrzegał ich narodu przez pryzmat walki i ucisku.

Przy odrobinie szczęścia zostaniemy zaproszeni do palestyńskich domów. Mogą zaprosic nas też mieszkający tu w nielegalnych osiedlach Żydzi i będziemy uczestniczyć w szabacie. W ten sposób miałem okazję poznać polityczne centrum Wschodniego Brzegu, czyli Ramallah.

O klasycznych atrakcjach turystycznych, poza umownym miejscem narodzin Chrystusa w Betlejem, trudno tu mówić. Ale wielka historia przemówi do nas nie raz. Chociażby w Jerychu, być może najstarszej, nieprzerwanie zamieszkanej, osadzie ludzkiej datowanej na 9 tysięcy lat p.n.e.

 

Fascynujący jest również peryferyjny Nablus (biblijny Sychem, zwany też „małym Damaszkiem") i Hebron – ośrodek palestyńskiego nacjonalizmu i kultury.

Wracając do Izraela, w kontekście turystycznym. Nie wszystkie atrakcje są oczywiste. Pustynny wąwóz Mitzpe Ramon i zielony, pełen wodospadów, kanion w rezerwacie Ein Gedi to cisi faworyci obcowania z naturą. Objazd Jeziora Galilejskiego na rowerze również dostarczy wielu wrażeń.

Będąc w Palestynie i Izraelu będziemy wielokrotnie odczuwać ambiwalentne odczucia. Jak to możliwe, że Ci wspaniali ludzie, tak podobni i wobec nas otwarci, nie są w stanie wzajemnie się dogadać?

Puenta każdej podróży po tych ziemiach jest nieprzewidywalna. Decudują incedenty, przypadkowe spotkania. Każdy wraca stąd z innym obrazem.