W pracy i w życiu szukam wyzwań, które mogę połączyć z moimi pasjami.
Miejsc, które wzbogacą mnie. Inspirujących wydarzeń pozostawiających dobry ślad.
Zapraszam do obejrzenia kilku z nich.

 

 

„Taka jest Rumunia: pozłacane plafony i gzymsy oraz zepsuty klozet. Rumunia to kraj cudów. Byłem tam z dziesięć razy i wciąż nie mam dosyć. Rumunia to baśń. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość dzieją się tam równocześnie, a rozpad przechadza się pod rękę ze wzrostem. Nowe, owszem, nadchodzi, ale minione również trwa w najlepsze”.

Plastyczna wizja Andrzeja Stasiuka przenosi nas w kraj wyobrażony. Autor maluje przestrzeń, która obecna jest przede wszystkim w odczuciach, dyskretnie tli się między wierszami. Jest i nie ma jej jednocześnie.

Nie każdy podziela to umiłowanie do transgranicznych spotkań i podróży. I nie każdy też odnajdzie Rumunię Stasiuka w kraju, którym faktycznie Rumunia jest.

Z drugiej strony, nikt nie uchwytuje jej ducha tak celnie, jak ten wybitny pisarz. I nawet jeśli wizja literacka przerasta rzeczywistość, to Rumunia pozostaje najciekawszym krajem Europy Wschodniej. Miejscem monumentalnej przyrody i wyrazistych twarzy, które pamięta się lepiej niż niejeden górski krajobraz.

Moja podróż w transylwańskie góry rozpoczęła się nad deltą Dunaju. W miejscu pełnym sprzeczności, magicznym przyczółku nad krawędzią cywilizowanej Europy.

Przypływając tu, odbyliśmy podróż w czasie. Być może to odczucie podpowiedział mi Stasiuk, a być może tak tu już jest. Wszystko wydawało się rozciągnięte jak rozgrzana na słońcu guma, wolno tracąca swój kształt na drewnianym płocie. Nadwątlone i uproszczone, zwyczajnie ludzkie, ujmująco dobre. Ale taka jest tylko delta i parę transylwańskich wiosek, które odwiedziłem.

Rumunia to przede wszystkim gigantyczne pasma górskie. Są dzikie i potrafią być groźne. Wprawiają nas
w stan intymnego, pełnego pokory, obcowania z naturą.

Rumunia to również być może najciekawszy kraj dla górskiej turystyki off-roadowej, którą tutejsi kierowcy namiętnie ją uprawiają.

Witajcie w kraju krwawych diamentów. Wśród ludzi, budujących siebie i swój kraj na nowo. W miejscu, gdzie gorzej już być nie mogło. Sierra Leone, wraz z Gwineą i Liberią, tworzy najuboższy, powojenny region świata.

Diamenty, które do dziś stanowią główne źródło państwowego dochodu, doprowadziły do bratobójczej wojny, dziecięcych armii i tysięcy odrąbanych kończyn. Nastąpił upadek człowieka i państwa. Największa misja pokojowa w historii ONZ wprowadziła stabilizację, która utrzymuje się do dziś. Jest bezpiecznie, ale smutek i czarne wspomnienie miesza się tu z nadzięją na każdym kroku.

Ślady wojny widoczne są na fasadach budynków. Makabryczne wydarzenia odbijają się w oczach tych, którym nie udało się odnaleźć w nowym ładzie. Rząd stara się, aby krucha stabilizacja nabierała solidnych fundamentów i jednoczyła okaleczony naród. Powoli, ale stopniowo kraj rośnie.

Sierra Leone jest czterokrotnie mniejsze od Polski. Zamieszkuje je 20 plemion. Co czwarty mieszkaniec deklaruje wiarę w animizm.

Terytorium Sierra Leone znajduje się w strefie podrównikowej. Powietrze lepi się od wilgoci. Nawet muchy latają ociężale i z oporami unikają mojej dłoni.

W porze deszczowej poruszanie się po czerwonych, gliniastych drogach bywa niemożliwe. Znaczna część kraju staje się wtedy odizolowana. Ruch zamiera.

Często wspominam moją rowerową podróż po Sierra Leone. Trudno mi powiedzieć dlaczego. Naturalne piękno zielonych gór i spektakularnie skomponowane plaże dotykają najgłębszych zmysłów. Ale to chyba nie to.

Może to ujmujące przekonanie mieszkańców, tyleż naiwne, co budzące szacunek, że lepszy świat kiedyś nadejdzie? Wierzę, że tak będzie.