Garść wspomnień. Pocztówki z wyrazów. Nie codzienny dziennik.
O podróżach, mojej pracy, muzyce świata i drugim człowieku.

 

Lankijskie Farewell!

Wraz z początkiem roku 2015 nastąpią pewne zmiany. Zaangażuję się w projekt, który ograniczy moje podróżowanie z grupami. Pozostanę aktywny zawodowo jako pilot, ale w znacznie mniejszym wymiarze.

Jestem pewien, że ta decyzja choć nie łatwa, okaże się słuszna. To, co będzie dalej nie jest pewne. Najważniejsze, że zależy ode mnie. Nawet jeśli łódź jest mała, to fajnie jest być jej kapitanem.

Powyższe zdjęcie wykonałem na pokładzie balonu, wznoszacego się nad lankijskimi polami ryżowymi i koranami drzew. Piękny i symboliczny początek czegoś nowego. Do zobaczenia na szlaku!

Madera na Maderze!

Z deszczowej Portugali przenieśliśmy się na Maderę. Słońca wciąż było nie wiele, ale w końcu nie przyjechaliśmy tu  w pogoni za brązem. Madera, jak mało która wyspa w naszym regionie, dostarcza wrażeń na każdym kroku i stromym wzniesieniu.

Najwyższy szczyt tej niedużej krainy wznosi się na wysokość 1862 metrów. Rozciągający się wokół niego szczupły płaskowyż porośnięty jest gęstym i egzotycznym lasem. Wokół, gdzie nie spojrzysz – doliny, wąwozy i urwiska.

W trakcie przebywania na tych wysokościach dopadł nas silny wiatr i lało jak z cebra, tylko mgły i okoliczne kozy pozostawały niewzruszone. Widać było nie wiele, ale jak to skwitowali uczestnicy: „przynajmniej było klimatycznie”. No tak, zdecydowanie było. I uśmiechnięci pojechaliśmy dalej.

Przed kolejną atrakcją postanowiliśmy się nieco rozgrzać, w końcu ze stolicy porto przenieśliśmy się do ojczyzny madery. Kelner!

Podobnie jak jej słynniejszy krewniak, madera również jest winem fortyfikowanym, czyli wzmacnianym mocnym alkoholem. Słodka, ciepła, idealna!

Zaprawieni i rozgrzani ubraliśmy pianki i ruszyliśmy do wąwozu. Połowę grupy stanowiły panie. Ku mojemu zaskoczeniu to one nadawały ton! Zjazdy na linach i tyłkach, skoki do wody, bojowe okrzyki, poczęstunek dla najodważniejszych i wspólne zdjęcie na koniec. Canyoning na Maderze dla początkujących zaliczony!

Andaluzja, czyli burze i nosorożce

Słoneczna Andaluzja to ponad 312 słonecznych dni w roku. Dobra pogoda prawie gwarantowana. Prawie: połowa mojego wyjazdu z grupą przypadła na ulewne dni – grzmiało, wiało i padało.

Niby nic, wszak to region tak bogaty w kulturę i przyrodę, że zawsze można coś wymyśleć. Gorzej, jeśli w planach są kulinarne warsztaty dla siedemdziesięciu osób pod gołym niebem. A tego dnia pogoda miała wyjątkowo perfidny nastrój – lało i świeciło na zmianę.

Nie pytajcie jak i ile nas to (nerwów i gimnastyki) kosztowało, ale udało się! Nadchodząca katastrofa została zażegnana i zakończyła się trzykrotnymi oklaskami od grupy. W dobrym zespole można nawet i z piorunami wygrać!

Lokalne motto „fiesta, sjesta i mañana” towarzyszyło nam bezustannie. Na dobre i na złe. Z jednej strony wszechobecny "mañanizm" utrudniał każdy krok, z drugiej, pozwalał wyimprowizować najlepsze imprezy w mieście. Nawet, jeśli tego miasta nie było!

Wieczory były równie burzliwe co dni. Tańce na plaży przy reanimowanym barze, salsa na rondzie o czwartej nad ranem czy mój duet dj-ski z lokalnym Juanem i lambada wokół sztucznego afrykańskiego nosorożca (ktoś wstawił go do baru). I wreszcie finałowa „wbitka” na półtora tysięczną zamkniętą imprezę dla fryzjerów (tak, właśnie tak). Wszystko to sprawiło, że zwykły wyjazd stał się niesamowity. Do tego stopnia, że w ostatnią noc nikt nie miał już siły wyruszyć dalej niż na trasę pokój-restauracja. Działo się!

Malta - najczęściej podbijana wyspa świata

Bili się o nią wszyscy. Prawie każda śródziemnomorska cywilizacja atakowała współczesną Maltę. Dziś po najeźdźcach pozostała głównie piękna architektura i wpływy kulturowe. Dlaczego ta wyspa, mniejsza od Warszawy, była celem tylu cywilizacyjnych wojen i oblężeń?

Pierwsi pojawili się tutaj osadnicy z Sycylii, przypłynęli między 6 a 5 tysiącleciem przed naszą erą. To im zawdzięczamy najstarszą na świecie zaprojektowaną budowlę wzniesioną przez człowieka – megalityczne świątynie sięgają 3500 lat p.n.e. i o tysiąc lat wyprzedzają egipskie piramidy.

Około 800 r. p.n.e. przybyli tu Fenicjanie. Następnie, wyspa przeszła do rąk Kartagińczyków, którzy długo dzielnie się bronili, ale w 218 r. p.n.e. zostali wybici co do nogi przez pazernych Rzymian. Dla wszystkich był to strategiczny punkt, z którego nadzorowano i ochraniano handel.

Po upadku Cesarstwa Rzymskiego w IV w. wyspa przeszła pod panowanie Cesarstwa Wschodniego i Konstantynopolu. Przez parę wieków zapanowal spokój.

W 870 r. Malta została brutalnie zdobyta przez rosnących w siłą arabów. Ich techniki uprawy pół czy elementy dekoracyjne obecne są na wyspie do dziś.

W 1090 r. dotarli tu nawet północni Normanowie. Po wielu latach potomkowie wikingów, kierując się zwyczajnym interesem, postanowili pójść na polityczny układ i przyłączyli Maltę do Królestwa Sycylii.

Kolejnym władcą wyspy został niebawem hiszpański król Karol V Habsburg, który przekazał ją zakonowi Joannitów, znanym później jako Kawalerowie Maltańscy. To, że Malta jest najbardziej konserwatywnym katolickim krajem świata, zawdzięcza właśnie im. Do dziś jest tu całkowicie zakazana aborcja. Rozwód, decyzją referendum, jest prawnie dozwolony dopiero paru lat.

W 1565 r. rozpoczęło się słynne tureckie oblężenie, które w bohaterski sposób zostało odparte - 40 tysięcy nacierających żołnierzy nie dało rady garstce obrońców. W 1798 r. wyspę zdobyli Francuzi i Napoleon. Zaledwie dwa lata później wyspę odbili z ich rąk Brytyjczycy.
W czasie drugiej wojny światowej wyspa przeżyła potężne bombardowania ze strony państw osi. I tylko cudem nie została obrócona w pył.

Niemcy, tak jak poprzedni najeźdźcy, wiedzieli, że Malta jest idealnym punktem strategicznym - malutkim, ale dającym wielkie możliwości: kontrola całego regionu i szybka reakcja w niespokojnych czasach były bezcenne.

W 1963 r. Malta wyzwoliła się spod panowania brytyjskiego i po 7000 tysiącach lat przypływania i odpływania obcych kultur stała się niepodległym Państwem i dumnym narodem. Czasem zbyt dumnym, ale to już inna historia...

Nerwówka w Parku Udawalawe

Do sześćdziesięcioosobowej grupy na Sri Lance przylatuje ważny gość. Prawdziwy VIP. Lufthansa odbiera go spod samolotu topową wersją Porsche Cayenne. Wieczorem wygłasza motywacyjny speach, a następnego dnia rano wyruszy na wspólne safari i szybko wróci do samolotu. Prosty plan? Prawie…

Park Narodowy Udawalawe obejmuje obszar rozległych trawiastych równin na rzeką Walawe. Mieszka tu ponad 600 słoni, a po ścieżkach ganiają szakale i gazele.

Na mokradłach wylegują się krokodyle błotne. Wysoko na niebie szybują orły i sokoły. Towarzyszą nam tzw. piękne okoliczności przyrody.

Stoimy na czerwonym od podziemnych minerałów brzegu, przy oddalonym o ponad godzinę jazdy od bram parku jeziorze.

Rozpoczynamy powrót. Nagle, pierwszy jeep z VIP-em na pokładzie zakopuje się w błocie. Próba wypchnięcia kończy się na kolanach i darmową maseczką z błota. VIP patrzy na zegarek, a pozostali liczą godziny do jego odlotu. Myślimy: „spoko, spóźnienie jest uwzględnione, mamy czas”.

Pan Lahiru bierze linę i przygotowuje auto do wyciągnięcia. Drugi strażnik parku siada za kółkiem. Rusza i zrywa linę. Zapada szyba decyzja, że VIP wsiądzie do innego jeepa i zamiast pokonywać błoto, wróci tą samą drogą.

Odjeżdząją. Pół minuty później, 300 metrów dalej, jeep z VIP-em ponownie tapla się błocie. Obie drogi stają się zablokowane przez podtopione auta. Robi się nerwowo.

Piekno okolicznej przyrody ulatnia się wraz z kluczem flamingów. VIP ubrany jest w lekki garnitur, w ręku trzyma neseser – tuż po safari miał jechać prosto na lotnisko. Dzwonimy do władz Parku czy mają lepsze jeepy. Słyszymy, że te są najlepsze. „Easy Mr. Lucas, everything will be very ok., no worry”.

No to zaczynamy prawdziwy off-road. Jadę w pierwszym jeepie, który szuka drogi alternatywnej. Trochę po krzaczkach, trochę po drzewach. Za mną jeep z VIP-em. Gdy ja ugrzęznę, on zawsze będzie mógł zawrócić. Do ugruntowanej drogi było niedaleko, parę kilometrów. Gdy koła chwytają lepszy grunt, kierowca gna do bram parku trąbiąc na leniwie słonie. Pod bramką czeka taksówka z włączoną klimatyzacją, woda z lodem i lunch zapakowany na wynos. Miało być de lux - to jest!

Adrenalina made in USA

Prestiżowy wyjazd na Florydę. Organizator zapewnił mocne, męskie wrażenia. Wśród nich: kosmos, loty, rejsy, grube „stejki” i ryczące silniki Ferrari na sportowym torze! Gdy usłyszałem ten gang i tysiące koni mechanicznych pod moimi stopami, od razu przypomniałem sobie czemu kocham tę pracę.

Do dyspozycji były najszybsze i najdroższe auta, jakie kiedykolwiek stworzyła inżynieryjna myśl. Wśród naszych zabawek znalazło się Lamborghini Gallardo LP570-4 Superleggera (czyli wzmocnione i odchudzone Gallardo), Nissan GT-R (2.9 s. do setki czyni go najszybszym ścigantem spod świateł),

Audi R8 (genialny kompromis między wyścigówką, a resztkami komfortu), Porsche 997S (najlepsze na ciasnych zakrętach), Ferrari 430 Scuderia (czerwony klasyk z Maranello) i Ferrari 458 Italia, które prowadziłem osobiście…

Jakiej by uczestnicy (za mną czele) twardej miny nie mieli, pierwsze minuty jazdy to miękkie nogi i wielki respekt dla drzemiącej pod maską mocy. Po pierwszych dwóch okrążeniach zapominamy o tym, by się nie zbłaźnić,  nabieramy odwagi i dociskamy pedał gazu do oporu. Efekt jest miażdżący. Nieporównywalny z niczym innym. Zakręt, który przed chwilą był na horyzoncie, jest za parę sekund pod naszymi kołami. "Hamuj, hamuj!"

 

Depczemy hamulec do oporu. Ceramiczne tarcze robią swoje, uff. Wejście w zakręt jak po szynach. Zaraz kolejna prosta i dalej jazda...

Z całej stajni, którą mieliśmy do dyspozycji, to właśnie Italia zapewnia najlepsze wrażenia, jest najszybsza na długim odcinku i najbardziej zaawansowana technologicznie, no i jest najładniejszym Ferrari od lat.

Zobacz, co o Ferrari 458 Italia sądzi Jeremy Clarkson z Top Gear. Jeśli tylko potrzebuję czegoś mocniejszego od podwójnego espresso, to wracam wspomnieniami do tamtej przejażdżki i do tego właśnie temu filmu. Tobie też polecam. Może za jakiś czas wspólnie się przejedziemy?

Lukla – najbardziej emocjonujące lotnisko świata

Jesteśmy w Katmandu, rozpoczynamy przygodę prowadzącą w stronę Everestu. Na pokładzie samolotu znajduje się szesnastu pasażerów i dwóch doświadczonych wspinaczy. Przed nami najtrudniejszy odcinek wyprawy. 40-minutowy lot i lądowanie w górskiej wiosce Lukli.

Śmigła obracają się, rozmowy milkną. Maszyna rusza i wkrótce wyłoni się z obłoków, dotykając pasa startowego. Czasami mleczna chmura nachodzi na grań i myli orientację pilota. Ostatni raz stało się tak 14 dni temu, kiedy załoga runęła w przepaść. Lotnisko w Lukli bywa uznawane za najniebezpieczniejsze na świecie.

Kapitanowie kursujących tu samolotów to lokalni bohaterowie. Top Gun znają od kołyski: skórzane kurtki, duże okulary, ta poza, ten gest – znacie to.

Powłóczyste spojrzenia młodych dam nie pozostawiają złudzeń. W swoim otoczeniu są kimś. Ale należy im się – codziennie ryzykują życie, przywożąc tu turystów z całego świata. Położona na wysokości 2860 metrów Lukla jest początkiem wędrówki na najwyższy szczyt świata. Dla tych, którzy boją się latać, pozostaje żmudny 4-5 dniowy pieszy szlak z Katmandu.

Zła renoma lotniska ma kilka przyczyn. Po pierwsze, nawigacja odbywa się niemal zawsze w gęstej chmurze, w której przestarzałe przyrządy tracą precyzję. Najczęstszym błędem jest podejście na zbyt niskiej wysokości i zderzenie się z górą u podnóża pasa. Nie można też lądować za późno, 400-metrowy pas kończy się skalistą ścianą. Przy starcie masz jedną próbę. Do tego dochodzi nieprzewidywalna pogoda Nepalu.

Dodatkowych emocji dostarcza próba opuszczenia lotniska. Często zdarza się, że ze względu na złe warunki samoloty nie latają, czasem przez wiele dni. Turyści wracający ze szlaku wypełniają wioskę po brzegi, która bez lotów staje się odcięta od dostaw żywności. Miejsca noclegowe kurczą się i atmosfera robi się nerwowa.

Ale prawdziwa zabawa zaczyna się, gdy oficer lotniska ogłasza, że pogoda poprawiła się. „Zapraszamy chętnych pasażerów!” – informuje skrzeczący głos w megafonie. W samolocie jest 16 miejsc. W ciągu 5 dni do Lukli zeszło ok. 150 turystów, wielu straciło już swoje dalsze loty europejskie. Ale wszyscy chcą ruszyć. Zaczyna się licytacja. Niektórzy podbijają cenę za miejsce 5-krotnie. Grupa Rosjan zrzuca się na prywatny śmigłowiec. Ktoś próbuje wedrzeć się na płytę lotniska siłą. Są emocje.

Detroit - amerykańskie ghost town

Ze wszystkich amerykańskich miast Detroit robi wrażenie szczególne. To kolos na glinianych nogach, który runął. Pogrążona w rozkładzie metropolia. Przestroga przed błędami. Pustka.

Detroit - miniony symbol amerykańskiej prosperity. Motoryzacyjny gigant, który od kilku dekad słaniał się jak znokautowany bokser. Teraz, gdy wraz z ogłoszonym w 2013 r. bankructwem oficjalnie upadł, nie znalazł się nikt, by podnieść go z kolan.

Bryk z historii Detroit w 6 odsłonach:

1. W latach 1910-1940 miasto kwitnie w zawrotnym tempie, fale imigrantów (wśród nich najliczniejsi są Polacy) wraz z napływową klasą średnią budują nową potęgę i zwiększają zaludnienie do prawie 2 milionów. Wielkie korporacje inwestują w miasto – zatrudniają, budują i przekształcają je w Motor City, drugie najbogatsze miasto Ameryki.

2. Kilka lat po drugiej wojnie światowej na skutek m.in. złej polityki geoprzestrzennej zapadają decyzje, które uruchomią powolną dezidustrializację i polaryzację społeczeństwa pod względem zamożności.

3. Rosnące świadczenia socjalne i roszczeniowe stanowiska związków zawodowych zmuszają korporacje do kroków, które pogłębiają negatywne procesy - centrum życia i biznesu przenosi się na peryferie, a zubożenie najbiedniejszych uruchamia falę przemocy.

4. W połowie lat 60. w Detroit rządzą gangi, które przejmują władzę na ulicach; biedni stają się jeszcze biedniejsi, a bogata klasa średnia przyspiesza swój exodus po krwawych zamieszkach z 1967 r.

5. Do 2013 r. Detroit utraciło na skutek migracji 60% ludności, biała klasa średnia właściwie zniknęła, Afroamerykanie stanowią 82% mieszkańców, wielopasmowe ulice są puste, opustoszałe gmachy sąsiadują ze spalonymi domami (w 2010 r. odnotowano 1082 podpalenia),

48% właścicieli domów nie płaci podatków, 23% pozostaje bez pracy, cena domu spada nawet do 500 dolarów, 80 000 mieszkalnych jednostek jest opuszczonych. Burmistrz ogłasza bankructwo.

6. Burmistrz Mike Duggan przekonuje, by potraktować zaistniałą sytuację jako wyzwanie menadżerskie w wielkiej firmie i tymi samymi metodami je rozwiązać; powstają projekty podziału miasta na 4 mniejsze ośrodki, planowane są wyburzenia opuszczonych fabryk i domów, pojawia się wizja odbudowy nowego, innego Detroit.

Zwiedzanie Detroit pozostawiło we mnie głębokie współczucie i poczucie niestałości wobec każdej wielkości. Detroit stało się „żywym trupem”, fenomenem upadku. Jego atmosfera jest fascynująca i przygnębiająca zarazem. Wśród nielicznych jasnych punktów znajdują się projekty artystyczne (Heidelberg) i społeczne inicjatywy oddolne, które zapowiadają zmianę. Czy jest możliwa? Miną lata nim znikną zgliszcza i poznamy odpowiedź.

High Life w Amsterdamie

Incentive z wielkimi obawami. Dla agencji, która mnie wysłała, był to nowy klient o dużym potencjale. Jako tour leader otrzymałem informację, że jadąca ze mną grupa pań jest niezwykle wymagająca i z poprzedniego wyjazdu wróciła rozczarowana i  cytuję  "wielce zdegustowana". Świetnie pomyślałem, teraz może być tylko lepiej!

Pogoda nie pomagała; 5 stopni, wiatr i wilgoć w powietrzu przeszywająca na kość. Program wydawał się być świetnie skrojony, poprzedzony inspekcją, wszystkie atrakcje skupiono w zasięgu spaceru lub krótkiego transferu, posiłki wyrafinowane, a atrakcje dobrane pod gust pań, z fabryką szlachetnych kamieni na czele.

Czasem na papierze i w głowie wszystko jest jak trzeba,
a uczestnicy i tak narzekają. Bywa, że to kwestia jednego malkontenta. Tym razem, miałem mieć na pokładzie dwadzieścia takich osób. Panie miały być surowe i sprawdzające każdy detal. Wymagające znajomości każdej cegiełki na każdej amsterdamskiej kamienicy. Dużo się nasłuchałem.

Po paru godzinach okazało się, że nie są to żadne
"panie z ą-ę na wszystko", ale równe babki, które świetnie się bawią, tryskają energią, biegają po mieście z uśmiechem na ustach i chętnie uczestniczą w spontanicznie organizowanych imprezkach. To była świetna i rozluźniona ekipa!

Jaki z tego morał? Zawsze bądź otwarty i rób swoje. Być może na wcześniejszym wyjeździe coś nie zagrało na początku i efektem kuli śniegowej zaczęło się niewspółmiernie sypać. Nieistotne.

Jestem przekonany, że każdy wyjazd można wygrać, mieć z niego fantastyczne wspomnienia i zbudowaną relację.
A o to przecież chodzi.

Wpływ na atmosferę miała również na pewno przemiła koordynatorka ze strony Klienta – jakież to wsparcie dla pilota!

Kolumbijskie prezentacje na Kolosach!

Tegoroczne Ogólnopolskie Spotkania Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów zwane popularnie Kolosami przyniosło mnóstwo wrażeń i inspiracji.

W ciągu 3 dni odbyło się prawie 100 prezentacji, a sala z 4000 tysiącami miejsc siedzących była wypełniona po brzegi.

Festiwal jest największym podróżniczym wydarzeniem w naszym kraju. Dzięki swojej skali i jakości jest ewenementem w Europie.

Pomimo to, od paru lat Kolumbia (foto relacja na Flickr) nie była tu obszernie prezentowana. W tym roku na szczęście to się zmieniło!

Oprócz dwóch prezentacji w "bloku kolumbijskim", który miałem przyjemność poprowadzić z Dominikiem Bacem, w programie znalazło się wiele innych kolumbijskich akcentów, wśród nich fantastyczna podróż rowerami Agnieszki i Mateusza Waligórów oraz rejs w amazońskiej dżungli w wykonaniu Macieja Tarasina.

Brzmienie Ziemi

W 1977 r. w ramach programu Voyager NASA wystrzeliła w kosmos dwie sondy. Na ich pokładzie znajdowały się pozłacane dyski z muzyką, która miała reprezentować nasz gatunek we wszechświecie. The Best of People, nasz muzyczny dar dla pozaziemskich cywilizacji.

Carl Sagan, amerykański astronom, założył, że jeśli istnieje obca cywilizacja, to należy wysłać jej pozytywny sygnał. Świadectwo naszej inteligencji i pokojowych zamiarów. Pod jego przewodnictwem powstał zespół specjalistów, których zadaniem było stworzenie audio-wizualnej wizytówki naszej planety.

Oprócz muzyki, skompilowano materiały odzwierciedlające krajobrazy, różnorodność etniczną, odgłosy zwierząt, pozdrowienia w 56 językach i diagramy naukowe z dziedzin ścisłych.

Projekt Voyager Golden Record w 2012 r. oddalił się od słońca o 17,9 bilionów kilometrów i za 40,000 lat znajdzie się w odległości 1,8 lat świetlnych od gwiazdy Gliese 445 w gwiazdozbiorze Żyrafy. Trochę drogi jeszcze ma, więc możemy spać spokojnie.

Na odwrocie płyty umieszczono symbole zawierające instrukcje odtworzenia płyty.

Załączony do płyty rysunek to fonograf i igła, a wokół nich podana jest prawidłowa prędkość odtwarzania, zdefiniowana przy pomocy wzoru atomu wodoru. Pozostałe dane zawierają zaawansowaną wiedzę fizyczno-chemiczną o stworzeniu warunków pozwalających każdej potencjalnej istocie naszego Układu Słonecznego na zanurzenie się w świat ziemskich dźwięków.

Na ten czas największe emocje u mnie budzi jednak lista wykonawców. Bo jak nie rozmarzyć się, odpowiadając na pytanie: kto zasłużył na muzyczne wyrażenie dziedzictwa ludzkości? Na początku przyznam się, że dwie sprawy ucieszyły mnie najbardziej; na liście nie ma Beatlesów, a wśród 25 utworów znalazł się „Johnny Be Good” Chucka Berry’ego – mój osobisty faworyt na każdym poza ziemskim dancingu. Zainteresowanym mogę zaprezentować duck walk.

Wśród pozostałych wykonawców prym wiodą Bach i Beethoven, obaj po trzy kompozycje. Tu też chyba bez zaskoczeń; muzykologicznych badań nad korelacją geniuszu i literki B w muzyce europejskiej było już wiele i słusznie wskazują, że niemiecki duet miał mózg z innej planety.

Pozostałe utwory to w zdecydowanej większości etniczne skarby z różnorodnych zakątków świata: pieść Indian Navaho, plemienne bębny z Senegalu, gamelan z Indonezji, meksykańscy mariachi, kompozycja na japoński flet shakuhachi, męski chór gruziński, drewniane piszczałki z wysp Salomona, rytualne polifoniczne śpiewy pigmejów z lasów deszczowych środkowej Afryki, dziecięca peruwiańska pieść weselna, zespół dud z Azerbejdżanu, chińska kompozycja na cytrę ch’in, indyjska raga, „Święto Wiosny” Stravińskiego, aria Mozarta i akustyczny blues Blind Williego Johnsona „Dark Was The Night”.

A co z jazzem? Cóż, skąpo moi przyjaciele. Naszym reprezentantem został osamotniony Louis Armstrong & His Hot Seven z “Melancholy Blues". Choć trudno się z tym pogodzić, to być może z kosmicznego punktu widzenia, jazz rzeczywiście nie jest całym światem.

Nawet więcej, w kontekście tysiąc letnich spuścizn wszystkich dawnych i obecnych narodów jest jedynie drobną cząstką naszej muzycznej historii. Wartą jednak wysłania w kosmos. I to jest piękne, prawda?

Chcecie posłuchać? Bardzo proszę!